spacerpodachu blog

Twój nowy blog


http://polskriksdag.blox.pl/html

Na marginesie dyskusji o zakazie prac domowych wychodzi klasyczna sprawa języka. Ta sama retoryka, która pojawiła się np. w komentarzach po samobójstwie gdańskiej uczennicy, jest obecna w każdej sprawie dotyczącej praw uczniów. Pomijając już fakt, jak wiele zjawisk według społeczeństwa można sprowadzić do prostego w dupach im się poprzewracało, to wieczne przewijanie się pogardy dla ucznia jeszcze bardziej mnie przekonuje, że podważenie sensu prac domowych ma znaczenie. Nie chcę tutaj popierać radykalnych postulatów – zakazać, zlikwidować, karać więzieniem – ale jest to dobry moment i na to, żeby zauważyć zjawisko zadawania na wczoraj przysłowiowej niemalże książki telefonicznej, bez uwzględnienia różnych możliwości intelektualnych (o których też mówi się z potępieniem) i na to, żeby zwrócić uwagę jak bardzo język, jakim mówi się o prawach uczniów nasycony jest lekceważeniem, pogardą, poczuciem władzy.
Kwestia rozciąga się nie tylko na prawa ucznia, ale też prawa dziecka w ogóle. Schemat władzy panujący między uczniem a nauczycielem jest zbliżony do układu w większości polskich rodzin. Przyznaję, że przerażenie mnie ogarnia, kiedy wysłuchuję tak zwanych przyjemnych wspomnień osób dorastajacych kilkanaście i więcej lat temu. I równe przerażenie odczuwam, kiedy już w poważnej debacie społecznej pojawiają się głosy, że przecież to tylko lekkie uderzenie linijką po rękach (szkoła), to tylko klapsy (dom), że przeciez nikomu nic złego się od tego nie stało i na porządnych ludzi wyrośli. Nie rozumiem, jak można gloryfikować zjawiska, które należałoby albo jak najszybciej puścić w niepamięć, albo robić wszystko, żeby nigdy więcej nie powróciły. Nie pojmuję, jak można z sentymentem wspominać przemoc i upokorzenia, których samej czy samemu było się ofiarą. I stąd chyba zareagowanie lekceważeniem na podważenie obowiązkowości prac domowych: społeczeństwo, które bezpośrednią przemoc uważa za naturalny element wychowawczy po prostu nie dorosło do tego, żeby mówić o przemocy psychicznej, do której należy m.in. obkładanie słabego ucznia wielogodzinną pracą domową i poniżanie go, kiedy następnego dnia nie jest z niej dokładnie przygotowany. W polskim społeczeństwie pojęcie przemocy psychicznej nie istnieje.

Katyń w dość tendencyjny sposób wstrzela się w taki moment, kiedy dyskusja o tej zbrodni jest jedną z bardziej ożywionych, a jednocześnie dominuje przekonanie, że nikt nic o niej nie wie, nikt nic o niej nie mówi, a wszelkie wzmianki na ten temat są niemalże zabronione i ścigane. Łatwo się było tej produkcji wybić w okresie tendencji do walki z niewidzialnym wrogiem, urojonym obiektem do zwalania win za sytuację kraju, z jakimś wirtualnym bytem w postaci unoszącego się z powietrzu ziejącego ducha władzy radzieckiej. Jest to też moment, kiedy bardzo łatwo przebija się retoryka stwarzająca podział na Prawdziwych Polaków czczących prawdziwe polskie wartości (Solidarność, niepodległość tak traktowaną, jakby w każdej chwili była zagrożona) oraz resztę, a także taki moment, kiedy sprzeciw wobec prywatyzacji chodników może skończyć się wygłoszeniem przez dyskutanta mowy na temat: dlaczego zbrodnie sowieckie były gorsze od nazistowskich.

Ale – nie zarzucam filmowi żadnej ideologii z gatunku tej szkodliwej. Choć nie da się ukryć, że stosuje podział na Prawdziwych Polaków walczących o wolność oraz tych tchórzliwych, zdradliwych i dopasowanych. Aż ciarki mnie przeszły, kiedy uświadomiłam sobie, jaką myślozbrodnię musiałam popełnić mniemając, że faktycznie nie jest jakimś złem moralnym zostać na miejscu i próbować wynegocjować tyle wolności, ile można zamiast dać się zabić w imię idei, zostawiając przy tym bliskich. Zarzucić filmowi można raczej straszną płytkość, „serialowość” i granie na emocjach przy użyciu tanich sztuczek – życie nadzieją, ręka z drgającym różańcem, przewracające się strony dziennika. Bardzo to wszystko się kojarzyło z techniką kręcenia filmów o papieżu.

Nie lubię też gry Ostaszewskiej, która jest zawsze grą jedną twarzą i jedną emocją – natchniono-kobieco-erotyczne rozdziawienie ust i lekko załzawione oczy. W Katyniu można było przewidzieć scena po scenie, jak będzie wyglądała jej gra.

Bardzo się boję, że ewentualna krytyka tego filmu (dotycząca artystycznych walorów) padnie na grunt ideologiczny i będzie ideologicznie odpierana. Mam wizję, że każda negatywna recenzja będzie zaczynać się od oświadczenia, że nie jest ona negowaniem tego, że Katyń to zbrodnia sowiecka, nie jest jej pochwałą ani hymnem na cześć władzy ludowej.

Podoba mi się jedynie to, że film przynajmniej częściowo skupia się na kobietach. Chociaż są one pokazane schematycznie, to jednak nie są stereotypowo bierne, są cierpiące aktywnie i w sposób prawdopodobnie jeszcze gorszy, niż strzał w potylicę. Chyba zupełnie przypadkowo i niechcący zostało wymuszone pytanie, czy zostawianie kobiet „dla Polski” rzeczywiście powinno być wzorem postawy wyprostowanej.

To uważam, że zaistniała gra na kompleksach. Tak samo, jak PiS uderza w kompleksy narodowe – Solidarności czy papieża Polaka, tak w tych wyborach dominację zdobyli dumnie poczuwający się do przypadkiem stworzonego przez PiS tytułu wykształciucha. Bo jakże tu nie utwierdzić się w zadowoleniu z własnej bystrości, kiedy to przebiegle się odkryło, że PiS nie jest najlepszą partią do rządzenia krajem, jak nie zabawić się w wielkiego opozycjonistę, jak nie poczuć się elektoratem wielkomiejskim, młodym, wykształconym i nie zagłosować na PO?

Wyznaję, że szczerze liczę na zwycięstwo PiS-u. Z żalem patrzyłam na ich słabnące poparcie i robiło mi się smutno na myśl o jakiejkolwiek innej partii w okolicznościach rządzących. I nie jest to zakończenie z gatunku „Kochał Wielkiego Brata”.
Coraz większe koła zatacza tendencja do walki o demokrację, o liberalizm, o zniesienie pis-zaściankowości, o wolność naszą i waszą. Podstawową metodą walki jest oddanie głosu na PO. Chyba już w czasie przełomowych wyborów PO wykształciło sobie pozycję Alternatywy i stało się twarzą bezpieczeństwa i neutralności. Stąd 90% politycznych ignorantów wybierających sobie z czystym sumieniem właśnie PO, stąd ludzie głosujący na nich i jednocześnie srodze oburzeni PiS-em, stąd mit jakichkolwiek różnic między tymi partiami, stąd przekonanie, że Polskę trzeba ratować, że dwie znaczące siły polityczne, że widmo kaczyzmu, że głos nie-na-PO to głos na PiS.
Życzyłabym sobie zwycięstwa PiS-u nie tylko dlatego, że nie widzę pięciu różnic w obrazkach, ale też dlatego, że rządy PO to niebezpieczeństwo o przynajmniej takiej samej skali, którego ludzie nie zauważają i nie zauważą, bo jest ukryte pod warstwą neutralności, nijakości i spraw przemilczanych, do których stosunek w związku z przemilczeniem uznano za liberalny. Rządy PO nie byłyby napawające grozą ze swoim cudem gospodarczym polegającym na cyferkowym gospodarczym rozwoju kosztem dobra społecznego i ekologicznego, bo należą do gatunku grozy niezauważalnej. Rządy PiS-u są pod tym względem szalenie korzystne, bo przekaz groteskowy i karykaturalny Polacy zauważają, odpowiadają przerażeniem i jest to rodzaj przerażenia, który mobilizuje.
Nie życzyłabym sobie, przykładowo, zwycięstwa LiD-u, nawet zakładając taką zupełnie odrealnioną możliwość. Życzyłabym sobie LiD-u jako silnej opozycji. SLD ma to do siebie, że jedyny okres przechylenia w lewo przeżywa, pomijając kampanię wyborczą, właśnie będąc w opozycji. Rządy SLD to treściowo rządy PO i powodują jeszcze gorszy brak mobilizacji we właściwą stronę.
Końcowo, życzyłabym sobie także śladowej obecności Partii Kobiet w sejmie, jakkolwiek ich strategia jest obrzydliwa, niewdzięczna i okropnie wypinająca się na to, co ruch feministyczny do tej pory zrobił w Polsce. Życzyłabym sobie, gdyż jest to zmiana, wprowadzenie nowej jakości i uderzenie w, mówiąc roboczo, klasyczny model posła. Oraz także dlatego, że najkorzystniejsza teraz jest prawdziwa trwoga, przerysowane kolory, skrajna tendencyjność i ostre kontrasty.

mikke%20dzieci.JPG

Sprawa wygląda tak, że jestem chwilowo w Polsce, w związku z czym cieszy mnie nawet polski premier, nawet plakaty o Polsce dla Polaków na co drugim osiedlowym słupie, matura jako rzecz względna nawet, bilet na studia jak bilet do kina; ciekawe, ile czasu musiałabym spędzić na obczyźnie, żeby cieszyły mnie polskie kabarety?

Jestem chwilowo tutaj i oglądam „Być jak John Malkovich”, (jest to pewnie dobry film), jest to film o facecie, który to facet był ultrawrażliwym lustrem złej rzeczywistości, ultrawrażliwym zdolnym niedocenionym artystą lalkarzem, nikt go nie oglądał i często dostawał w mordę, masz ci los. I miał tenże facet żonę, a jego żona to już była totalna egzotyka, hodowała zwierzęta i wymagała, żeby pamiętał ich imiona, i leczyła szympansa u psychologa, i chciała mieć dziecko, i na dodatek nie wyglądała jak modelka. Pod jej naciskiem i naciskiem szarej brudnej prozy życia, której niegodny jest wrażliwy zdolny niedoceniony artysta lalkarz, musiał iść marnować swój talent do pracy, i w tej pracy zakochał się w kobiecie, która miała ładne nogi oraz nazywała rzeczy po imieniu, zakochał się na amen, chociaż jej nie znał, ale nie nazywajmy tego od razu myśleniem fiutem, bądźmy empatyczni, poczujmy się jak bohater, który właśnie znajduje kobietę swojego życia i przez wrodzoną ultrawrażliwość zgaduje od razu jej imię, ale ona go nie chce, bo jest zdolnym niedocenionym artystą lalkarzem, i ach. Pech chciał, że żonie wariatce oraz kobiecie jego życia nagle odbiło i zostały lesbami, i miały razem dziecko, a on został sam, to smutne, a wszystko to w drodze do rozumu, w drodze do głowy aktora Johna Malkovicha. Oczywiście, musi cię ta historia, widzu, poruszyć, a jeżeli nie, to pewnie jesteś z tych niewrażliwych, którzy nigdy nie zrozumieją piękna teatru lalkowego, jesteś jednym czy co gorsza jedną z tych na sługach masowości, którzy najchętniej wynajmowaliby lokale zajmujące pół piętra, bo tak jest ekonomiczniej, tak.
Oglądam „Być jak John Malkovich” i czytam, że jest to komedia, czytam i chce mi się śmiać, (komedie śmieszą).

Jestem aktualnie w Polsce i czytam polskiego Kuczoka, czytam opowiadanie o wyczuwaniu za pomocą węchu czyjejś śmierci, opowiadanie o mężczyźnie, który dzielił rzeczy i ludzi według zapachów, kupował książki tylko po to, żeby je wąchać jak długo się da, kupował prasę, potem zakochał się w zapachu krocza kobiety, której nawet nie widział, w zapachu z ręki włożonej w zatłoczonym autobusie pod spódnicę, całe życie szukał tego zapachu, przewidywał przez zapach śmierć osób z rodziny, kiedy umarła ostatnia, poszedł do burdelu, poczuł t e n zapach, zrozumiał; czytam i myślę sobie, najpoważniejszą zaletą Kuczoka jest to, że nie próbuje wnioskować za czytelnika, nawet nie wymaga od niego, żeby cokolwiek wnioskował.

Planuję kiedyś polubić Katowice, a może nawet się w nich nie gubić, więc przemieszczam się w upale i myślę, jak by tu zapytać o dojście do antykwariatu, który podobno jest na takiej długiej ulicy na „p” (zgubiłam się na niej tylko raz), jak i kogo o to zapytać, kiedy próbuje się akurat opanować sztukę przejścia przez najbliższą nieznaną ulicę dwukierunkowa, kurwa na drugą stronę; chyba nie polubię Katowic.

Izolda Regensberg robiła wszystko, żeby nie mieć tożsamości. Bycie Żydówką jest tutaj kwestią kluczową. Należało stosować nie tylko ukrywanie tego na zewnątrz, ale też niedopuszczanie do samej siebie faktu pochodzenia, nawet nie z powodu nieakceptowania go, bo to nieakceptowanie byłoby jakimś stosunkiem do „kwestii żydowskiej”, a jakikolwiek stosunek to już przejaw tożsamości. Izolda robiła wszystko, żeby nie mieć, przede wszystkim siebie.

O tym właśnie jest „Król kier znów na wylocie” – o zamazaniu tożsamości, samookreślenia. Kiedy się uczy stawiać torbę nie-tak-jak-Żydówka, modlić się nie-tak-jak-Żydówka, farbuje włosy na nie-żydowski kolor, uczy nowego nazwiska, kiedy się jest Marią, a nie-Izoldą, Niemką, a nie-Żydówką, prostytutką, a nie-Żydówką, żoną, a nie-Żydówką. I kiedy się nie tylko ucieka przy tym od Holocaustu – właściwie to w ogóle nie, bo kwestia własnego przetrwania jest najmniej ważna, nie jest celem, a środkiem – ucieka się do bycia negacją. Ucieka na tę lepszą, aryjską stronę.

83-247-0282-2_85329_F.jpg

Bohaterka poznała męża przypadkowo, wchodząc do koleżanki, aby nawlec sznurówki. Powiedział, że ma oczy jak córka rabina. Wątpiącego rabina, dodał. Odpowiedziała, że jej ojciec jest chemikiem i szuka koloru, którego nie ma w tęczy. Izolda nie szukała takiego koloru. Chciała wyciągnąć męża. Z obozu, z Zakłady całościowo. Z systemu, z którego nie potrafiła wyciągnąć samej siebie. Nie rozumiała szerszych celów. Nie rozumiała dążenia do niepodległości. Podziemia polskiego. Walki. Śmierci za wolność. Rozumiała konieczność wyjścia z getta, wydostania się z obozu, wyjazdu z kraju, bo to były kroki do uwolnienia męża. Uwolnienie męża było celem oczywistym. Później, jako pielęgniarka, mając praktyczną przewagę, władzę nad byłymi, obecnie rannymi esesmanami, nie mściła się. To byłoby za bardzo jej.

Izolda czasami chciała. Chciała opowiadać o tym wnukom. Wnuki nie poznały polskiego, a ona nie nauczyła się hebrajskiego. Czasami przypominali sobie, że ona jest. Wtedy mówili po angielsku. Chciała, żeby jej dzieci nie umierały niepotrzebnie. Jej dzieci umierały niepotrzebnie. Chciała, żeby w filmie zagrała ją Elisabeth Taylor. Nie zagrała jej Elisabeth Taylor. Chciała, żeby napisano o niej książkę pełną „uczuć, miłości, samotności i łez”. Napisano o niej bez tego. Chciała wyzwolić męża. Wyzwoliła męża. Mąż był obojętny, daleki, wypalony obozem i obwiniał ją za śmierć rodziny, nawet kiedy nic nie mówił. Mąż odszedł i obiecał płacić rachunki, o ile nie będą zbyt wysokie.

Hanna Krall, aby napisać tę książkę, musiała stać się Izoldą, a żeby stać się Izoldą, trzeba przede wszystkim sobie zaprzeczyć, bo bycie nią to brak świadomości, pragnień własnych. Stąd ignorancja wobec wszystkiego, co już napisano o wojnie i zaczynanie od początku, czystej kartki. Stąd też ascetyczny, reportażowy styl. Brak stosunku do wydarzeń.

Wyjaśnienie, że Regensberg była przede wszystkim żoną, kobietą, która chce tylko tego, aby przetrwał jej mąż, jest zbyt powierzchowne. Wydaje się rzeczywiście najprostsze szukanie tłumaczenia w kulcie małżeństwa, w stosunkach między płciami, poczuciu zobowiązania czy po prostu silnym uczuciu. Przyczyna rozciąga się jednak nawet poza obszar wojny i Zakłady, która zmusza też do niszczenia siebie samej. Dlatego warto opowiadać tę historię. Ta historia jest pytaniem.

[1] Już za parę dni, za dni parę zawita w nasze skromne narodowe progi Benedykt XVI. W związku z tym, gdyby jakimś zabłąkanym owieczkom przyszło do głowy na pohybel podniosłemu charakterowi jego pielgrzymki w tym czasie np. menstruować czy załatwiać potrzeby fizjologiczne, władza postanowiła uciąć te potrzeby u ich źródła, czyli reklamy: nie będą emitowane sploty reklamowe alkoholi, papieru toaletowego, bielizny, podpasek, środków do higieny intymnej. Są wszakże rzeczy ważniejsze niż ciało.

[2] Kamień spadł nam wszystkim z serca, gdyż rozwiały się obawy moralnych naszych rewolucjonistów o to, jakoby telewizja promowała przemoc, zepsucie i swobodę seksualną. Jak tu jeszcze martwić się o ryzyko ugięcia kręgosłupa moralnego ewentualnego młodego widza, jeżeli polska telewizja publiczna ma przejść w ręce postaci tak zacnych, jak Wildstein czy Pospieszalski?

[3] Jeżeli rzecz idzie o Romana Giertycha, to osobiście uważam, że jak najbardziej należy nim straszyć, bo strach mobilizuje. Nie jest oczywiście ów pan na tyle zaradny, aby przy niesprzyjających warunkach intelektualnych, obniżonej kreatywności oraz niskim niczym prezydent poparciu edukującej się części narodu dokonać jakiegoś większego przewrotu; spekulacje na temat przerobienia szkół na wzór jezuicki też są z natury przerysowane. Jednak – myśl musi płynąć itd., w związku z czym masowe wyjście na ulicę uważam za zjawisko pozytywne, jak i szerzące się przerażenie nowym ministrem edukacji (pomimo że, jak pokazuje praktyka, akcje takie czy też zbieranie podpisów pod petycjami mają to do siebie, że są bezcelowe). Poza tym przyznać osobiście muszę, że miałabym problemy ze wskazaniem rzeczy przyjemniejszej od rzucania tym w tysięcznym tłumie, minuty kwakania, czy też symbolicznego palenia indeksów oraz zdjęć miłościwie nam panujących przy jednoczesnym śpiewie płonie kaczuszka w lesie.

[4] Uprzejmie się informuje, że ruszył gender blox. Jest to internetowa inicjatywa zrzeszająca osoby piszące na tematy feminizmu, gender, queer (więcej informacji tutaj). Pisywać tam zamierzam jako saraja. Czytać można pod adresem:
http://gender.blox.pl/

[5] Mamy dziś Międzynarodowy Dzień Przeciw Homofobii. Jak to mówią, co kraj, to obyczaj – w naszym okoliczność tę świętuje się na przykład tak.

[6] Ukazały się już trzy numery Le Monde diplomatique w edycji polskiej, co w równym stopniu cieszy mnie i frustruje – nie mogę nigdzie tego miesięcznika nabyć. Rozchodzi się jak świeże bułeczki czy Śląsk zadupiem jest?

[7] To wszystko to jednak nic; nie ma bardziej irytującej rzeczy od centrum Katowic. Gdyby ktoś kiedyś widział tam osobę ze wściekłością w oczach, wyciągającą średnio co 30 sekund mapę i udającą, że umie ją czytać, z miną oznajmiającą bardzo wyraźnie, że właśnie przebywa czterdziestą minutę drogę do punktu docelowego, która to droga powinna w normalnym tempie zająć minut cztery – to będę ja.

Pokolenie Dżej Pi Tu – formacja społeczna o charakterze, wbrew nazwie, ponadpokoleniowym, składająca się według orientacyjnych szacunków z kilkunastu milionów Polaków. Cechy szczególne charakteryzujące przedstawicieli to poczucie uczestniczenia w wydarzeniach o niezwykłej wadze historycznej, które radykalnie i na zawsze zmienią oblicze Polski, głęboka wiara w natychmiastową odnowę moralną i duchową narodu oraz silna potrzeba uczestniczenia we wszelkiego rodzaju zbiorowych akcjach o charakterze manifestacyjnym. Czas trwania zjawiska – około jednego tygodnia.

ojciec.okladka.gif

Przede wszystkim nie do końca zgadzam się z opinią, jakoby „Ojciech odchodzi” było minipowieścią krytyczną o Pokoleniu Dżej Pi Tu, a już tym bardziej o samym papieżu. Nie ma tam praktycznie ani jednego złego słowa o JPII, o samym Pokoleniu pojawiają się pewne myśli jakby w formie dodatku, jednak daleko jest do głębszej analizy krytycznej. Nie jest to też (stwierdzam osobiście z przykrością) powieść o wykluczeniu. Chociaż jest 1 kwietnia 2005, ateista niebędacy miłośnikiem papieża przyjeżdża do Krakowa, trafia w samo centrum żałobnego wiru, który wymaga od niego ustosunkowania się (podczas gdy daleko mu zarówno do tego, żeby dać się temu wirowi ponieść, jak i do tego, żeby pójść pod prąd), to jednak unika jak ognia zakomunikowania: czuję się wykluczony. Książce od początku do końca narzucona jest, momentami trochę sztuczna, formuła dystansu, trzymania się z dala od obu skrajności i samookreślenia, przez co może i jest łatwa w odbiorze, ale mniej ciekawa i poza kilkoma niezłymi momentami raczej nijaka.

Można powiedzieć, że z perspektywy bohatera wszystko krąży wokół przytoczonego w jednej z opisanych rozmów twierdzenia, że w obliczu niefortunnej śmierci Boga wszelki wysiłek zmierzający do racjonalnego uzasadnienia moralności jest niczym innym jak tylko iście munhausenowską próbą wyciągnięcia się z bagna relatywizmu za własne sznurówki. Przy pełnej świadomości tego faktu, nadal brakuje mu wartości bezwzględnych, jaśniej określonych; może to też sprawia, że umieszcza się w pozycji pewnej pokory wobec wyznawców religii i zwolenników papieża. Zdaje się, że raczej nie jest zadowolony z własnego ateizmu. Ojciec odchodzi jest przewrotnym tytułem o podwójnym znaczeniu. Na samym początku opisano sytuację, kiedy bohater zapomina o zabezpieczeniu przy stosunku. Czers zakłada możliwość ciąży swojej dziewczyny, zajmuje wobec takiej ewentualności zdecydowane stanowisko, w tło przedstawionych wydarzeń wtapia pewną nadzieję, że potencjalne dziecko mogłoby być bodźcem do stabilizacji, ułożenia zasad, może właśnie taką sznurówką do wyciągania się z bagna relatywizmu. Widzenie siebie samego w roli schematycznie pojmowanego ojca jednocześnie kłóci się z jego dotychczasowym sposobem życia, z podróżami i promilami we krwi. Ojciec odchodzi podwójnie: katolicy tracą swojego przywódcę duchowego, Czers perspektywę bycia rodzicem. Sznurówka pęka.

Książka może być ciekawa dla przedstawiciela Pokolenia Dżej Pi Tu – nie dlatego, że może dowiedzieć się tam czegoś o sobie w oczach Innego, ale dlatego, że może się czegoś dowiedzieć o tym Innym. Jest to relacja człowieka, który jednocześnie nie poczuwa się do uczestniczenia w żałobie, ale też stara się za bardzo nie oddalić od wspólnoty, która się na jego oczach tworzy drogą wykluczenia, którego to z kolei zdaje się nie dostrzegać. Czers pije wódkę, zakłada kurtkę, włącza komputer, rozmawia z różnymi osobami, a Ojciec odchodzi gdzieś na boku. Jednocześnie drogą elektroniczną bądź też od bardziej zainteresowanych osób z umiarkowaną obojętnością dowiaduje się, czy o n jeszcze żyje. Przypomina też sobie swoją komunię, bierzmowanie, zastanawia się nad oczywistością określenia „papież Polak”. Jednocześnie nieświadomie przedstawia obraz figury ojca w naszej kulturze – przewodnika i autorytetu. Nie stara się jednak tego autorytetu negować, nie dzieli się żadną refleksją na temat pontyfikatu JPII. Inny dla osoby postronnej robi się oswojony i bardziej nasz. Dla osoby, która sama czuje się tym Innym, jest po prostu nudny.

Samo Pokolenie, choć przewija się dookoła Czersa, jest bardziej wspomniane niż opisane, i bardziej pobocznie, mocno powierzchownie. Jest pokazana hipokryzja osób, które w czasie żałoby płaczą, choć na co dzień nie stosują nauk JPII, autorek blogasków, które umieszczają na nich wirtualne świeczki, choć jeszcze niedawno opisywały tam swoje odważne erotyczne przygody. Tym bardziej niesamowicie mnie dziwi, że książka została wciągnięta w konwencję antypapieską, że zarzuca jej się niedostrzeganie tego prawdziwego „pokolenia JPII”. Nie ma w niej niczego, co prowokowałoby do silniejszej polemiki nawet ze strony zagorzałego zwolennika nauk papieskich. Jest natomiast sporo dość płytkiego wzdychania z żalem przy wódce, że niby Polska papiesko-katolicka, a tu się aborcje i różne inne straszne historie szerzą.

Zaletą jest ciekawe opisanie kilku osób ze środowiska literackiego (co ciekawsze, jedna z nich podjęła się kilkakrotnie krytyki tej książki). Wadą schematyczność i niewątpliwy konformizm w temacie, który miał być przewodni. Nie ma tu też żadnych śladów eksperymentu literackiego. Opisane jest doświadczenie nihilizmu w sposób lekki, przyjemny i raczej niezbyt ciekawy. Książka ilustrowana jest obrazami z dość interesującej, bo wizualizującej słabość i marność przekazu werbalnego, wystawy „Znicze dla Ojca Świętego” Anny Okrasko.

okrasko.jpg

Wystawa przedstawia wpisy po śmierci papieża z księgi kondolencyjnej Onetu, napisane szablonową czcionką Arial. Zarówno fragmenty tej wystawy, jak i przedpremierowy fragment „Ojciec odchodzi” Czerskiego, ukazały się w zeszłym roku w 21 numerze Ha!art-u. Numer był w całości nakierowany na tę tematykę; ładnych kilkanaście stron poświęcono na analizę zjawiska od różnych stron: opisano motywy żałoby, leczenie w ten sposób kompleksów narodowych, tworzenie specyficznej wspólnoty opartej na propapieskiej monokulturze. Znalazło się tam kilka ciekawszych tekstów, z większością wniosków można się zgodzić; mimo to nikt z publicystów nie pokusił się o bezpośrednią sceptyczną analizę pontyfikatu Karola Wojtyły. W opublikowanym tam wywiadzie Okrasko zadeklarowała „(…) nie chciałam również w żaden sposób go obrażać. To nie była wystawa o Janie Pawle II. Tylko o absurdzie, który towarzyszył wielu kwietniowym wydarzeniom”. Jest to oczywiście prawda, niemniej nie mogę oprzeć się wrażeniu, jakby Czerski książką, Okrasko wystawą i Ha!art „papieskim” numerem chcieli pokornie powiedzieć: postać papieża była OK i bez zarzutu, tylko Pokolenie Dżej Pi Tu ją wypacza.

Minął okres żałoby po śmierci JPII, ba, minął ponad rok. Do opinii publicznej coraz częściej docierają i coraz bardziej akceptowane są głosy krytyczne o żałobnym zgiełku, jaki miał miejce w w kwietniu 2005. Niespecjalnie dziwi już opinia, że media i społeczeństwo trochę wtedy przesadziły, mówi się też o kulturowej przemocy, która sprawiła, że wiele osób mimowolnie pochyliło głowę po śmierci z podświadomej obawy przed wykluczeniem. Mimo to, nadal za nic nie chcą zmieścić się w dominującym dyskursie głosy krytyczne o samym JPII, jego naukach i pontyfikacie. Zdarzyło mi się czytać takie analizy chociażby w niskonakładowym Bez Dogmatu, ale raczej nie uraczy się ich w chociaż minimalnie opiniotwórczych pismach.

Ciekawy i trafny artykuł „Papież i nihilizm” opublikowała swojego czasu Kinga Dunin w Tygodniku Powszechnym. Znowu jednak zakończyła na omówieniu wpływu narodowej żałoby na kształt przestrzeni publicznej, a kiedy zdarzyło jej się pójść trochę dalej, powiedzieć coś o samej postawie Jana Pawła, szybko ucięła to twierdzeniem „nie miejsce tu i czas na krytykę tego światopoglądu, rzecz raczej w tym, że przez cały okres pontyfikatu, a już szczególnie w okresie żałoby, zacierano fakt, iż jest to tylko jeden z możliwych światopoglądów”. Było to oczywiście dość dawno, w związku z czym można zrozumieć obawę przed pisaniem o sprawie tak świeżej, bo mogłoby to zostać odebrane jako agresywne pokrzykiwanie nad grobem. Trudniejsza sprawa jest jednak dzisiaj, kiedy okres żałoby już dawno minął, a jednak nadal osoby, które przyznają, że nie odpowiada im twarda dominacja jednego nurtu światopoglądowego (na dodatek dość skrajnego), nadal boją się przedstawić swoją krytykę tego nurtu. W polskiej przestrzeni publicznej problem polega też na tym, że pojawienie się tam jednego poglądu przyjmuje się automatycznie nie jako zaproszenie do dialogu, ale jako przekreślenie drugiego, a więc krytyka poglądów JPII prawdopodobnie zostałaby odebrana jako zanegowanie sensu czyjejś żałoby po jego śmierci czy też tego, że ktoś osobiście odnajduje w jego naukach sens, sposób na życie. Wobec takiego porządku spraw mamy maj 2006 i nadal tkwimy w martwym punkcie, bo co z tego, że zauważamy pewne zjawiska i mówimy to głośno, skoro żeby poglądy osób niezgadzających się z papieżem były traktowane równorzędne do tych, którzy się zgadzają (bądź też żeby w ogóle były widoczne), trzeba najpierw te poglądy wypowiadać, najlepiej tam, gdzie ma się szansę być usłyszanym. W sferze prywatnej zdarza się słyszeć podobne opinie, jednak najczęściej zaczynające się od deklaracji „Jana Pawła II szanowałem/am, ale…” (nigdy w życiu nie czytałam krytyki książki rozpoczynającej się od słów „autora szanuję, ale…”), co jest dość specyficzną formą podwinięcia ogona ze strachu przed posądzeniem o brak szacunku, który to szacunek w przypadku, kiedy się na poważnie i na poziomie polemizuje z określonym człowiekiem i jego poglądami, powinien być oczywisty i wynikający z samej formy.

Mam osobistą nadzieję, że kolejna produkcja, której przypnie się etykietkę „antypapieskiej”, naprawdę podejmie się krytyki obiektu właściwego, a nie tylko pokazywania z wyższością palcem tych, którzy pomimo deklaracji nie realizują jego wygórowanych moralnie nauk.


  • RSS