Co wolno wojewodzie, czyli o zakazie prac domowych 2007-12-22 13:06:25

Na marginesie dyskusji o zakazie prac domowych wychodzi klasyczna sprawa języka. Ta sama retoryka, która pojawiła się np. w komentarzach po samobójstwie gdańskiej uczennicy, jest obecna w każdej sprawie dotyczącej praw uczniów. Pomijając już fakt, jak wiele zjawisk według społeczeństwa można sprowadzić do prostego w dupach im się poprzewracało, to wieczne przewijanie się pogardy dla ucznia jeszcze bardziej mnie przekonuje, że podważenie sensu prac domowych ma znaczenie. Nie chcę tutaj popierać radykalnych postulatów - zakazać, zlikwidować, karać więzieniem - ale jest to dobry moment i na to, żeby zauważyć zjawisko zadawania na wczoraj przysłowiowej niemalże książki telefonicznej, bez uwzględnienia różnych możliwości intelektualnych (o których też mówi się z potępieniem) i na to, żeby zwrócić uwagę jak bardzo język, jakim mówi się o prawach uczniów nasycony jest lekceważeniem, pogardą, poczuciem władzy.
Kwestia rozciąga się nie tylko na prawa ucznia, ale też prawa dziecka w ogóle. Schemat władzy panujący między uczniem a nauczycielem jest zbliżony do układu w większości polskich rodzin. Przyznaję, że przerażenie mnie ogarnia, kiedy wysłuchuję tak zwanych przyjemnych wspomnień osób dorastajacych kilkanaście i więcej lat temu. I równe przerażenie odczuwam, kiedy już w poważnej debacie społecznej pojawiają się głosy, że przecież to tylko lekkie uderzenie linijką po rękach (szkoła), to tylko klapsy (dom), że przeciez nikomu nic złego się od tego nie stało i na porządnych ludzi wyrośli. Nie rozumiem, jak można gloryfikować zjawiska, które należałoby albo jak najszybciej puścić w niepamięć, albo robić wszystko, żeby nigdy więcej nie powróciły. Nie pojmuję, jak można z sentymentem wspominać przemoc i upokorzenia, których samej czy samemu było się ofiarą. I stąd chyba zareagowanie lekceważeniem na podważenie obowiązkowości prac domowych: społeczeństwo, które bezpośrednią przemoc uważa za naturalny element wychowawczy po prostu nie dorosło do tego, żeby mówić o przemocy psychicznej, do której należy m.in. obkładanie słabego ucznia wielogodzinną pracą domową i poniżanie go, kiedy następnego dnia nie jest z niej dokładnie przygotowany. W polskim społeczeństwie pojęcie przemocy psychicznej nie istnieje.

skomentuj (2)

'ocalałeś nie po to aby żyć/ masz mało czasu trzeba dać świadectwo' 2007-11-02 21:19:04

Katyń w dość tendencyjny sposób wstrzela się w taki moment, kiedy dyskusja o tej zbrodni jest jedną z bardziej ożywionych, a jednocześnie dominuje przekonanie, że nikt nic o niej nie wie, nikt nic o niej nie mówi, a wszelkie wzmianki na ten temat są niemalże zabronione i ścigane. Łatwo się było tej produkcji wybić w okresie tendencji do walki z niewidzialnym wrogiem, urojonym obiektem do zwalania win za sytuację kraju, z jakimś wirtualnym bytem w postaci unoszącego się z powietrzu ziejącego ducha władzy radzieckiej. Jest to też moment, kiedy bardzo łatwo przebija się retoryka stwarzająca podział na Prawdziwych Polaków czczących prawdziwe polskie wartości (Solidarność, niepodległość tak traktowaną, jakby w każdej chwili była zagrożona) oraz resztę, a także taki moment, kiedy sprzeciw wobec prywatyzacji chodników może skończyć się wygłoszeniem przez dyskutanta mowy na temat: dlaczego zbrodnie sowieckie były gorsze od nazistowskich.

Ale - nie zarzucam filmowi żadnej ideologii z gatunku tej szkodliwej. Choć nie da się ukryć, że stosuje podział na Prawdziwych Polaków walczących o wolność oraz tych tchórzliwych, zdradliwych i dopasowanych. Aż ciarki mnie przeszły, kiedy uświadomiłam sobie, jaką myślozbrodnię musiałam popełnić mniemając, że faktycznie nie jest jakimś złem moralnym zostać na miejscu i próbować wynegocjować tyle wolności, ile można zamiast dać się zabić w imię idei, zostawiając przy tym bliskich. Zarzucić filmowi można raczej straszną płytkość, "serialowość" i granie na emocjach przy użyciu tanich sztuczek - życie nadzieją, ręka z drgającym różańcem, przewracające się strony dziennika. Bardzo to wszystko się kojarzyło z techniką kręcenia filmów o papieżu.

Nie lubię też gry Ostaszewskiej, która jest zawsze grą jedną twarzą i jedną emocją - natchniono-kobieco-erotyczne rozdziawienie ust i lekko załzawione oczy. W Katyniu można było przewidzieć scena po scenie, jak będzie wyglądała jej gra.

Bardzo się boję, że ewentualna krytyka tego filmu (dotycząca artystycznych walorów) padnie na grunt ideologiczny i będzie ideologicznie odpierana. Mam wizję, że każda negatywna recenzja będzie zaczynać się od oświadczenia, że nie jest ona negowaniem tego, że Katyń to zbrodnia sowiecka, nie jest jej pochwałą ani hymnem na cześć władzy ludowej.

Podoba mi się jedynie to, że film przynajmniej częściowo skupia się na kobietach. Chociaż są one pokazane schematycznie, to jednak nie są stereotypowo bierne, są cierpiące aktywnie i w sposób prawdopodobnie jeszcze gorszy, niż strzał w potylicę. Chyba zupełnie przypadkowo i niechcący zostało wymuszone pytanie, czy zostawianie kobiet "dla Polski" rzeczywiście powinno być wzorem postawy wyprostowanej.

skomentuj (6)

Jeżeli zaś chodzi o wyniki 2007-10-24 21:13:14

To uważam, że zaistniała gra na kompleksach. Tak samo, jak PiS uderza w kompleksy narodowe - Solidarności czy papieża Polaka, tak w tych wyborach dominację zdobyli dumnie poczuwający się do przypadkiem stworzonego przez PiS tytułu wykształciucha. Bo jakże tu nie utwierdzić się w zadowoleniu z własnej bystrości, kiedy to przebiegle się odkryło, że PiS nie jest najlepszą partią do rządzenia krajem, jak nie zabawić się w wielkiego opozycjonistę, jak nie poczuć się elektoratem wielkomiejskim, młodym, wykształconym i nie zagłosować na PO?

skomentuj (1)

Tak nam dopomóż Bóg 2007-10-21 20:23:05

Wyznaję, że szczerze liczę na zwycięstwo PiS-u. Z żalem patrzyłam na ich słabnące poparcie i robiło mi się smutno na myśl o jakiejkolwiek innej partii w okolicznościach rządzących. I nie jest to zakończenie z gatunku "Kochał Wielkiego Brata".
Coraz większe koła zatacza tendencja do walki o demokrację, o liberalizm, o zniesienie pis-zaściankowości, o wolność naszą i waszą. Podstawową metodą walki jest oddanie głosu na PO. Chyba już w czasie przełomowych wyborów PO wykształciło sobie pozycję Alternatywy i stało się twarzą bezpieczeństwa i neutralności. Stąd 90% politycznych ignorantów wybierających sobie z czystym sumieniem właśnie PO, stąd ludzie głosujący na nich i jednocześnie srodze oburzeni PiS-em, stąd mit jakichkolwiek różnic między tymi partiami, stąd przekonanie, że Polskę trzeba ratować, że dwie znaczące siły polityczne, że widmo kaczyzmu, że głos nie-na-PO to głos na PiS.
Życzyłabym sobie zwycięstwa PiS-u nie tylko dlatego, że nie widzę pięciu różnic w obrazkach, ale też dlatego, że rządy PO to niebezpieczeństwo o przynajmniej takiej samej skali, którego ludzie nie zauważają i nie zauważą, bo jest ukryte pod warstwą neutralności, nijakości i spraw przemilczanych, do których stosunek w związku z przemilczeniem uznano za liberalny. Rządy PO nie byłyby napawające grozą ze swoim cudem gospodarczym polegającym na cyferkowym gospodarczym rozwoju kosztem dobra społecznego i ekologicznego, bo należą do gatunku grozy niezauważalnej. Rządy PiS-u są pod tym względem szalenie korzystne, bo przekaz groteskowy i karykaturalny Polacy zauważają, odpowiadają przerażeniem i jest to rodzaj przerażenia, który mobilizuje.
Nie życzyłabym sobie, przykładowo, zwycięstwa LiD-u, nawet zakładając taką zupełnie odrealnioną możliwość. Życzyłabym sobie LiD-u jako silnej opozycji. SLD ma to do siebie, że jedyny okres przechylenia w lewo przeżywa, pomijając kampanię wyborczą, właśnie będąc w opozycji. Rządy SLD to treściowo rządy PO i powodują jeszcze gorszy brak mobilizacji we właściwą stronę.
Końcowo, życzyłabym sobie także śladowej obecności Partii Kobiet w sejmie, jakkolwiek ich strategia jest obrzydliwa, niewdzięczna i okropnie wypinająca się na to, co ruch feministyczny do tej pory zrobił w Polsce. Życzyłabym sobie, gdyż jest to zmiana, wprowadzenie nowej jakości i uderzenie w, mówiąc roboczo, klasyczny model posła. Oraz także dlatego, że najkorzystniejsza teraz jest prawdziwa trwoga, przerysowane kolory, skrajna tendencyjność i ostre kontrasty.

skomentuj (0)

35 stopni Celsjusza 2006-07-18 01:31:58

Sprawa wygląda tak, że jestem chwilowo w Polsce, w związku z czym cieszy mnie nawet polski premier, nawet plakaty o Polsce dla Polaków na co drugim osiedlowym słupie, matura jako rzecz względna nawet, bilet na studia jak bilet do kina; ciekawe, ile czasu musiałabym spędzić na obczyźnie, żeby cieszyły mnie polskie kabarety?

Jestem chwilowo tutaj i oglądam "Być jak John Malkovich", (jest to pewnie dobry film), jest to film o facecie, który to facet był ultrawrażliwym lustrem złej rzeczywistości, ultrawrażliwym zdolnym niedocenionym artystą lalkarzem, nikt go nie oglądał i często dostawał w mordę, masz ci los. I miał tenże facet żonę, a jego żona to już była totalna egzotyka, hodowała zwierzęta i wymagała, żeby pamiętał ich imiona, i leczyła szympansa u psychologa, i chciała mieć dziecko, i na dodatek nie wyglądała jak modelka. Pod jej naciskiem i naciskiem szarej brudnej prozy życia, której niegodny jest wrażliwy zdolny niedoceniony artysta lalkarz, musiał iść marnować swój talent do pracy, i w tej pracy zakochał się w kobiecie, która miała ładne nogi oraz nazywała rzeczy po imieniu, zakochał się na amen, chociaż jej nie znał, ale nie nazywajmy tego od razu myśleniem fiutem, bądźmy empatyczni, poczujmy się jak bohater, który właśnie znajduje kobietę swojego życia i przez wrodzoną ultrawrażliwość zgaduje od razu jej imię, ale ona go nie chce, bo jest zdolnym niedocenionym artystą lalkarzem, i ach. Pech chciał, że żonie wariatce oraz kobiecie jego życia nagle odbiło i zostały lesbami, i miały razem dziecko, a on został sam, to smutne, a wszystko to w drodze do rozumu, w drodze do głowy aktora Johna Malkovicha. Oczywiście, musi cię ta historia, widzu, poruszyć, a jeżeli nie, to pewnie jesteś z tych niewrażliwych, którzy nigdy nie zrozumieją piękna teatru lalkowego, jesteś jednym czy co gorsza jedną z tych na sługach masowości, którzy najchętniej wynajmowaliby lokale zajmujące pół piętra, bo tak jest ekonomiczniej, tak.
Oglądam "Być jak John Malkovich" i czytam, że jest to komedia, czytam i chce mi się śmiać, (komedie śmieszą).

Jestem aktualnie w Polsce i czytam polskiego Kuczoka, czytam opowiadanie o wyczuwaniu za pomocą węchu czyjejś śmierci, opowiadanie o mężczyźnie, który dzielił rzeczy i ludzi według zapachów, kupował książki tylko po to, żeby je wąchać jak długo się da, kupował prasę, potem zakochał się w zapachu krocza kobiety, której nawet nie widział, w zapachu z ręki włożonej w zatłoczonym autobusie pod spódnicę, całe życie szukał tego zapachu, przewidywał przez zapach śmierć osób z rodziny, kiedy umarła ostatnia, poszedł do burdelu, poczuł t e n zapach, zrozumiał; czytam i myślę sobie, najpoważniejszą zaletą Kuczoka jest to, że nie próbuje wnioskować za czytelnika, nawet nie wymaga od niego, żeby cokolwiek wnioskował.

Planuję kiedyś polubić Katowice, a może nawet się w nich nie gubić, więc przemieszczam się w upale i myślę, jak by tu zapytać o dojście do antykwariatu, który podobno jest na takiej długiej ulicy na "p" (zgubiłam się na niej tylko raz), jak i kogo o to zapytać, kiedy próbuje się akurat opanować sztukę przejścia przez najbliższą nieznaną ulicę dwukierunkowa, kurwa na drugą stronę; chyba nie polubię Katowic.

skomentuj (30)

Oczy jak córka rabina, wątpiącego rabina 2006-06-27 12:27:16

Izolda Regensberg robiła wszystko, żeby nie mieć tożsamości. Bycie Żydówką jest tutaj kwestią kluczową. Należało stosować nie tylko ukrywanie tego na zewnątrz, ale też niedopuszczanie do samej siebie faktu pochodzenia, nawet nie z powodu nieakceptowania go, bo to nieakceptowanie byłoby jakimś stosunkiem do "kwestii żydowskiej", a jakikolwiek stosunek to już przejaw tożsamości. Izolda robiła wszystko, żeby nie mieć, przede wszystkim siebie.

O tym właśnie jest "Król kier znów na wylocie" - o zamazaniu tożsamości, samookreślenia. Kiedy się uczy stawiać torbę nie-tak-jak-Żydówka, modlić się nie-tak-jak-Żydówka, farbuje włosy na nie-żydowski kolor, uczy nowego nazwiska, kiedy się jest Marią, a nie-Izoldą, Niemką, a nie-Żydówką, prostytutką, a nie-Żydówką, żoną, a nie-Żydówką. I kiedy się nie tylko ucieka przy tym od Holocaustu - właściwie to w ogóle nie, bo kwestia własnego przetrwania jest najmniej ważna, nie jest celem, a środkiem - ucieka się do bycia negacją. Ucieka na tę lepszą, aryjską stronę.



Bohaterka poznała męża przypadkowo, wchodząc do koleżanki, aby nawlec sznurówki. Powiedział, że ma oczy jak córka rabina. Wątpiącego rabina, dodał. Odpowiedziała, że jej ojciec jest chemikiem i szuka koloru, którego nie ma w tęczy. Izolda nie szukała takiego koloru. Chciała wyciągnąć męża. Z obozu, z Zakłady całościowo. Z systemu, z którego nie potrafiła wyciągnąć samej siebie. Nie rozumiała szerszych celów. Nie rozumiała dążenia do niepodległości. Podziemia polskiego. Walki. Śmierci za wolność. Rozumiała konieczność wyjścia z getta, wydostania się z obozu, wyjazdu z kraju, bo to były kroki do uwolnienia męża. Uwolnienie męża było celem oczywistym. Później, jako pielęgniarka, mając praktyczną przewagę, władzę nad byłymi, obecnie rannymi esesmanami, nie mściła się. To byłoby za bardzo jej.

Izolda czasami chciała. Chciała opowiadać o tym wnukom. Wnuki nie poznały polskiego, a ona nie nauczyła się hebrajskiego. Czasami przypominali sobie, że ona jest. Wtedy mówili po angielsku. Chciała, żeby jej dzieci nie umierały niepotrzebnie. Jej dzieci umierały niepotrzebnie. Chciała, żeby w filmie zagrała ją Elisabeth Taylor. Nie zagrała jej Elisabeth Taylor. Chciała, żeby napisano o niej książkę pełną "uczuć, miłości, samotności i łez". Napisano o niej bez tego. Chciała wyzwolić męża. Wyzwoliła męża. Mąż był obojętny, daleki, wypalony obozem i obwiniał ją za śmierć rodziny, nawet kiedy nic nie mówił. Mąż odszedł i obiecał płacić rachunki, o ile nie będą zbyt wysokie.

Hanna Krall, aby napisać tę książkę, musiała stać się Izoldą, a żeby stać się Izoldą, trzeba przede wszystkim sobie zaprzeczyć, bo bycie nią to brak świadomości, pragnień własnych. Stąd ignorancja wobec wszystkiego, co już napisano o wojnie i zaczynanie od początku, czystej kartki. Stąd też ascetyczny, reportażowy styl. Brak stosunku do wydarzeń.

Wyjaśnienie, że Regensberg była przede wszystkim żoną, kobietą, która chce tylko tego, aby przetrwał jej mąż, jest zbyt powierzchowne. Wydaje się rzeczywiście najprostsze szukanie tłumaczenia w kulcie małżeństwa, w stosunkach między płciami, poczuciu zobowiązania czy po prostu silnym uczuciu. Przyczyna rozciąga się jednak nawet poza obszar wojny i Zakłady, która zmusza też do niszczenia siebie samej. Dlatego warto opowiadać tę historię. Ta historia jest pytaniem.

skomentuj (2)